Batman v Superman: Świt sprawiedliwości kontynuuje wątki z Człowieka ze stali i ma stanowić zgrabne wejście w uniwersum Warnera i DC Comics. Gdy Marvel ma już za sobą kilkanaście filmów i powoli zbliżamy się do końca III serii konkurencja nie miała wyjścia i musiała uderzyć z grubej rury. Epicki pojedynek Batmana i Supermana, dwóch najpopularniejszych i ikonicznych postaci pod batutą Zacka Snydera był niezwykle oczekiwany, a prawdziwa burza rozpętała się kilka dni temu, gdy pojawiły się pierwsze recenzje, niezbyt entuzjastyczne. Szczerze powiedziawszy zwiastuny skutecznie ostudziły moje oczekiwania, jednak i tak spodziewałem się dobrego filmu. Batman v Superman: Świt sprawiedliwości to film pełen sprzeczności, co nie ułatwiło mi jego oceny. To film, który mi się podobał, jednak nie czyni to z niego produkcji dobrej.

Bez spoilerów przedstawię zarys fabuły. Film rozpoczyna się sceną walki Supermana z Generałem Zodem, której byliśmy świadkiem w Człowieku ze stali, jednak tym razem widzimy ją oczami Bruce’a Wayne. Wtedy Batman uświadamia sobie, że Superman stanowi zagrożenie dla ludzkości i postanawia go powstrzymać. Podobne uczucia towarzyszą samemu Kentowi, któremu nie podoba się brutalność i bezwzględność Mrocznego Rycerza. Konfrontacja wydaje się kwestią czasu, tym bardziej, że zamieszanie postanawia wykorzystać Lex Luthor do realizacji własnych celów.

BvSGłównym grzechem tego filmu jest reżyseria i montaż, który całkowicie go rozkłada na łopatki. Początkowa godzina to mniej więcej zlepek scen, często urywanych w najmniej odpowiednim momencie, tak jakby twórcy chcieli pokazać jak najwięcej, ale kompletnie nie mieli pomysłu jak to wszystko logicznie poskładać. Zaskakujące, że przy tak ogromnym projekcie, który ma stanowić bazę dla całego uniwersum nie przemyślano tego w odpowiedni sposób. Mam wrażenie jakby nagrali materiał na cztery filmy, a później stwierdzili, że zrobią jeden – dwugodzinny. Sama geneza konfliktu Batmana z Supermanem jest tu nieźle zarysowana, a już jej rozwiązanie woła o pomstę do nieba. Zbudowana wokół dylematów moralnych i etycznych mogłaby być znacznie bardziej rozwinięta, tu jednak stanowi tylko i wyłącznie pretekst do solidnego fizycznego pojedynku. Snyder porusza dużo wątków i dla widza, który nie zna wystarczająco dobrze kanonu jest to miszmasz, którego nie ma możliwości zrozumieć. Wszystko wydaje się nielogiczne i odbiera jakąkolwiek przyjemność z oglądania i cieszenia się filmem.

Oczywiście sam pojedynek dwóch superbohaterów jest świetnie zrealizowany i chyba stanowi najlepszy moment filmu. Zresztą od strony technicznej nie ma się do czego przyczepić i Snyder znany z uwielbienia do CGI daje upust swojej wyobraźni. To spore wynagrodzenie po pierwszej połowie filmu i jasno daje do zrozumienia, co najlepiej wychodzi samemu reżyserowi. Druga część widowiska jest napakowana efektami specjalnymi, wizualnymi fajerwerkami i ostrą bijatyką, która stara się maskować dziurawy scenariusz, choć to zadanie niezwykle trudne. David S. Goyer, który jest za niego odpowiedzialny za skrypt zbyt rozwlekł to wszystko i choć widać w tym wszystkim ambitny zamysł, zwyczajnie zabrakło rozwagi i spokoju.

Zwycięsko z całego zamieszania wychodzi Batman (Ben Affleck), dla którego są solidne podwaliny pod solowy film i z pewnością to on najwięcej zyskał. Affleck świetnie go zagrał, jego Mroczny Rycerz to cyniczny, podstarzały i zmęczony heros, który się nie patyczkuje z wrogami, i z pewnością jest najbrutalniejszym, jakiego do tej pory mieliśmy okazję oglądać. Szkoda, że Henry Cavill i jego Supermanem nie jest równie interesujący, a aktor w żaden sposób nie rozwinął swojej postaci. Choć w gruncie nie miał kiedy tego zrobić, co dziwi, ponieważ to na nim w największej mierze miał spoczywać ciężar filmu. Superman nie jest potraktowany należycie, a wręcz miałem wrażenie jakby był ignorowany przez twórców. Bardzo dobrze i przekonująco wypadła Gal Gadot jako Wonder Woman i każda scena z jej udziałem jest pozytywnym zaskoczeniem. W przeciwieństwie do Lois Lane (Amy Adams), która jest tak bezsensownie wciskana na siłę w fabułę i akcję, że irytujący Lex Luthor mógłby jej buty czyścić. Jesse Eisenberg i jego Luthor jest socjopatycznym Jobsem, a jego interpretacja złoczyńcy jest co najmniej kontrowersyjna. Szaleństwo i opętanie bardziej pasują do Jokera (szczególnie Ledgera), niż do wyrachowanego miliardera znanego z kart komiksu. Po prostu przeszarżował.

BvS

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości ma wiele dobrych rozwiązań i nie można powiedzieć, że całość jest zła, czy beznadziejna. Z pewnością na pochwały zasługują zdjęcia, muzyka i sam klimat. Zimmer wraz z Junkie XL stworzyli świetne kompozycje, które idealnie pasują do tego, co widzimy na ekranie. Powaga pomaga filmowi i stanowi alternatywę dla nieco innych stylistycznie produkcji Marvela, a twórcy nawet nie starają się rozładować emocji żartem, choć są dwa, czy trzy momenty, w których takowe padają.  Ludzie odpowiedzialni za Batman v Superman postawili na inne rozwiązania i za to należy ich pochwalić. Nie wszystko w tym filmie działa jak należy, ale w ogólnym rozrachunku to film, który po prostu jest przyswajalny (to chyba odpowiednie określenie)  i można się na nim dobrze bawić. To paradoks, że w produkcji mającej tyle uchybień i wkurzających kwestii jest też tyle dobrego, że stanowi znośny produkt, ale być może patrzę przez pryzmat samych superbohaterów, których jakby nie było, lubię i szanuję bez względu na wszystko. To dopiero wkurzające.

OCENA: 6/10 

TYTUŁ: Batman v Superman: Świt sprawiedliwości / Batman v Superman: Dawn of Justice
PRODUKCJA: USA 2016
REŻYSERIA:  Zack Snyder
SCENARIUSZ: David S. Goyer, Chris Terrio
OBSADA: Ben Affleck, Henry Cavill, Jesse Eisenberg, Gal Gadot, Amy Adams
ZDJĘCIA: Larry Fong
MUZYKA: Hans Zimmer, Junkie XL