Naturalnie w każdym roku na ekrany kin trafiają filmy, które potrafią wzbudzić w widzach zachwyt, często też te filmy nie są odpowiednio docenione i sale kinowe świecą pustkami. Nie ma reguły. Są też filmy bardzo dobre lub wybitne, które potrafią czarować widza przez cały seans. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri jest właśnie taką produkcją. Dzieło Martina McDonagha jest porywające i ciekawe w każdym szczególe, co rzadko się zdarza w dzisiejszej kinematografii. Nie znajdziemy w nim niczego niepotrzebnego. Każda scena, każdy dialog i każdy bohater wydają się absolutnie potrzebne, by przedstawić historię tak, jak założył  twórca tego wybitnego filmu. Znakomicie przemyślany, napisany i cudownie zagrany, a całość poraża autentycznością. Ale dlaczego jest aż tak przeze mnie doceniony?

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri nie można podporządkować pod jeden gatunek. To dramat, ale też czarna komedia, która pod tym względem nie ustępuje Manchester by the Sea (Lucas Hedges też w nim zagrał), a przecież całość opiera się na wątku kryminalnym. Ten gatunkowy kolaż jest jak dynamit, który rozsadza człowieka na kawałki i trudno po napisach końcowych zebrać je do kupy.

Film skupia się na kobiecie Mildred (fenomenalna Frances McDormand), której córka została zgwałcona i zamordowana. Na domiar złego sprawca nie został schwytany, a policja jakoś specjalnie się do tego nie kwapi. Zdesperowana Mildred całkiem przypadkiem wpada na karkołomny (w założeniu) pomysł – postanawia wynająć trzy rozpadające się billboardy na obrzeżach miasteczka, na których pojawiają się napisy oskarżające szeryfa o brak zaangażowania w śledztwo (Woody Harrelson). To działanie prowokuje mieszkańców Ebbing i uruchamia łańcuch zdarzeń, po których miasteczko już nigdy nie będzie takie samo.

Jeśli ktoś widział Najpierw strzelaj, później zwiedzaj czy 7 psychopatów wie jakim warsztatem dysponuje Martin McDonagh, a w Trzech billboardach jego forma jest najwyższa. Film potrafi tak samo wstrząsnąć, jak i rozładować napięcie dobrym, czarnym żartem, a niektóre zwroty akcji i niestandardowe rozwiązania potrafią nie tyle zszokować, co potwierdzają piekielnie inteligentny scenariusz. Nie sposób zapomnieć o chyba największym atucie tego filmu, którym jest perfekcyjnie dobrana obsada. Gdybym miał wskazać jej najsłabsze ogniwo, nie mógłbym tego zrobić z prostej przyczyny, nie ma takiego. Nie mam słów, by opisać wspaniałą Frances McDormand, bo gdy tylko znajduje się na ekranie, aż go rozsadza. Jej bohaterka mająca w sobie niewyobrażalny ból i cierpienie twardo stąpa po ziemi, jest bezczelna i niezwykle zdeterminowana, ale też potrafi pokazać swoją ciepłą i pełną współczucia stronę. Na drugim planie Harrelson w roli szeryfa, który dobrze pełni swoje obowiązki i jest lubiany przez mieszkańców, ale jest rozdarty przez sytuację z Mildred. Idźmy dalej. Sam Rockwell w jednej z najlepszych ról w życiu. Rasista, homofob, niezrównoważony stróż prawa będący pod całkowitym wpływem matki, ale postać, która przez cały film najbardziej ewoluowała. A to nie koniec, do swojego CV bardzo dobre role będą mogli dopisać Peter Dinklage, John Hawkes, czy Caleb Landry Jones, który kontynuuje dobrą serię.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri McDonagh połączył wiele elementów, które nieszczególnie powinny do siebie pasować, a mało, że to robią, to jeszcze w stylu mistrzowskim. Utrzymywana równowaga pomiędzy humorem a dramatem przez cały seans jest perfekcyjna i przez to niezwykle intrygująca i zadowalająca. Historia o ludziach i ich relacjach, trudnych, szczerych i emocjonalnych. Film, który można różnie interpretować, nawiązania do westernu, a co za tym idzie muzyki, dobre zdjęcia. To wszystko składa się na film, którego przegapić nie można. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – na takie filmy można czekać nawet rok.

PS. Wciąż biję się z myślami. Manchester by the Sea, czy Trzy billboardy za Ebbing, Missouri?

9,5/10

TYTUŁ: Trzy billboardy za Ebbing, Missouri
PRODUKCJA: USA, Wielka Brytania 2017
REŻYSERIA: Martin McDonagh
SCENARIUSZ: Martin McDonagh
OBSADA: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell, Peter Dinklage, Caleb Landry Jones
ZDJĘCIA: Ben Davis
MUZYKA: Carter Burwell