Scott Derrickson jest niezłym, ale nierównym reżyserem, a jeśli miałbym wymienić gatunek, w którym czuje się najlepiej byłby to horror i thriller. Blockbuster? Proszę – Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia, który nie był zbyt udanym przedsięwzięciem, jednak to stare dzieje, ale dzięki Marvelowi dostał szansę rehabilitacji. Doktor Strange jest kolejnym (14) filmem w coraz to większym uniwersum Marvela i kolejnym udanym, ale też powiela wiele błędów poprzednich. Włodarze studia we wcześniejszych filmach powoli przygotowywali i oswajali widzów z magią, czarami i ogólnie rzeczami, które się ludziom nie śniły, ale w Strange’u musieli puścić wodze fantazji. Udało się to zrobić w naturalny sposób i nieodbiegającą od innych filmów stylistyką. Momentami to rzeczywiście szaleńcza jazda. Miasta składają się jak origami, świat astralny i tripy jak po kwasie robią wrażenie, choć czasami od tych efektów można zgłupieć. Twórcy w materiałach prasowych chwalili się, że stworzyli coś, czego jeszcze świat nie widział, ale podczas seansu nie miałem takiego odczucia. Mimo wszystko robi to wrażenie. Dziwię się, że fabularnie nie jest już tak dobrze, a cała historia doktora jest absolutnie bezpieczna i nie dostajemy niczego zaskakującego. Typowe wprowadzenie nowego bohatera, marvelowska klasyka.

Doktor Strange jest wybitnym, ale aroganckim neurochirurgiem, a jego zachowanie stanowi połączenie Sherlocka z BBC i Tony’ego Starka. W wyniku makabrycznego wypadku samochodowego dłonie Strange’a nie tylko nie nadają się do praktykowania zawodu, ale ma problemy nawet z pisaniem. Po kilku operacjach, które nie dają odpowiednich rezultatów bohater chwyta się ostatniej deski ratunki – wyprawy do Nepalu, gdzie znajduje się Kamar-Taj. To świątynia rządzona przez Starożytną (Tilda Swinton), który koniec końców postanawia pomóc Strange’owi ucząc go magii. Doktor wchłania wiedzę bardzo szybko, ale przede wszystkim musi przejść przemianę duchową i poskromić swoje ego, by być gotowym do walki o nasz świat.

Doktor Strange

Może wydawać się to wszystko naciągane do granic możliwości, jednak tak nie jest. Mało tego, cały film jest przemyślany i logicznie zbudowany. Rysowanie zaklęć w powietrzu, otwieranie portali, czy świadoma peleryna Doktora Strange’a nie powinny nikogo dziwić. Oglądanie tak zbudowanego świata jest przyjemne. Komnaty, księgi z zaklęciami, artefakty i mieszanie się świata realnego z nadprzyrodzonym daje olbrzymie korzyści przede wszystkim wizualne. Wszyscy znamy (mam nadzieję) sceny z Incepcji gdzie Nolan zabawił się fizyką i wiemy, że było to absolutnie imponujące. Derrickson poszedł o krok dalej, a to, co dzieje się w Nowym Jorku, Londynie, czy Hongkongu z pewnością zasługuje na uznanie. Wykorzystano też humor, którego jest całkiem sporo, głównie za sprawą Cumberbatcha, który rzuca one-linerami co chwilę i jego peleryny, która to czuje się dobrze w slapstickowych żartach.

Benedict Cumberbatch sprawdza się w tej roli bardzo dobrze i znakomicie pasuje do człowieka, który ratowanie pacjenta zamienia na ratowanie całego świata. Bardzo dobrze zagrana została przemiana samego bohatera, zresztą nie powinno to dziwić, bo aktor jest jednym z najlepszych, których zatrudnił Marvel. Są momenty, w których zapomina, że nie gra w Sherlocku, ale to drobiazg. W Doktorze Strange’u cała obsada spisała się znakomicie i ciężko znaleźć słaby punkt. Oczywiście można mieć niedosyt co do roli Mikkelsena, a to kwestia niedobrze napisanego przeciwnika głównego bohatera. Kaecilius jest byłym uczniem Starożytnej, a jego motywacja jest dość płytka. Można by rzec, że jest typową rozgrzewką dla Strange’a, by ten przy okazji mógł pokazać swoje możliwości i zaakceptować przeznaczenie. Tych dwóch czarodziejów łączy Starożytna, a grająca ją Tilda Swinton wypada jak to ona – bosko. W rolach drugoplanowych Chiwetel Ejiofor, czy Rachel McAdams grają poprawnie i tyle.

Doktor Strange

Wydaje się, że decyzja by Doktor Strange nie był na tym etapie zbyt powiązany z całym uniwersum jest jak najbardziej trafne. Oczywiście film stanowi integralną jego część, ale nie jest dane nam tego odczuć – są jedynie małe wzmianki, więc to idealny film dla kogoś, kto jeszcze nie rozpoczął przygody z superbohaterami, lub czuł się zbyt zagubiony w rozrastającym się filmowym świecie Marvela. Film spełnia rolę blockbustera i choć łatwo znaleźć dziury i uproszczenia daje masę frajdy i zabawy, choć mogłaby być to wszystko znacznie bardziej odjechane. Jak wspomniałem, pod każdym względem jest bezpiecznie i nie ma mowy o czymś innowacyjnym. Doktor Strange podąża wytyczoną drogą, przewietrzył nieco w Marvel Cinematic Universe i pewnie zaliczy kapitalny finansowy wynik. Czego chcieć więcej? Szaleństwa i odwagi. To metoda.

OCENA: 7/10

TYTUŁ: Doktor Strange / Doctor Strange
PRODUKCJA: USA 2016
REŻYSERIA: Scott Derrickson
SCENARIUSZ: Scott Derrickson, Jon Spaihts, C. Robert Cargill
OBSADA: Benedict Cumberbatch, Mads Mikkelsen, Tilda Swinton, Rachel McAdams, Chiwetel Ejiofor
MUZYKA: Michael Giacchino
ZDJĘCIA: Ben Davis