Wes Anderson  jest magikiem, który potrafi czarować jak mało kto, a swoją kreatywnością i oryginalnością mógłby obdzielić paru kolegów po fachu. Jego najnowszy film Grand Budapest Hotel jest blisko ideału, to obraz, który wchłania w swój świat od pierwszej sekundy, hipnotyzuje formą tak genialną i przemyślaną, że można oglądać go w kółko. Już chyba nie można być bliżej perfekcji, arcydzieła tak jak to uczynił twórca Genialnego klanu. Fajerwerki formy i treści w jednym z absolutnie wspaniałą obsadą i spinającą to wszystko muzyką Desplata, która dopełnia maestrii. Chwaląc i wznosząc na piedestał nie przesadzam, a jedynie próbuję zaintrygować tych, którzy jeszcze z twórczością Andersona nie mieli do czynienia. Czy jest ktoś taki?

Nieszablonowa historia przedstawiona w filmie dzieje się w trzech przestrzeniach czasowych. Na początku, lata 80-te, w których poznajemy pisarza (Tom Wilkinson), który to opowiada jak to w latach 60-tych będąc w tytułowym hotelu poznaje jego właściciela, Zero (F. Murray Abraham). Ten zaś podczas wspólnej kolacji zaczyna snuć swoją historię, jak to został boyem hotelowym u boku najlepszego i najsłynniejszego konsjerża, Gustava H. (Ralph Fiennes). Ostatecznie przenosimy się w lata 30-te, by poznać całą, niezwykle barwną historię. Gustav H. jest człowiekiem orkiestrą w swoim fachu, znajdując szczególne uznanie wśród starszych klientek, którym po pracy dogadza, dosłownie. Gdy jego ulubienica Madame D. (Tilda Swinton) umiera, konsjerż z urzędu posądzony jest o morderstwo, tym bardziej, że z jej posiadłości znika warty bagatelę obraz. Łebski konsjerż wraz ze swoim kompanem Zero (Tony Revolori), próbują oczyścić dobre imię, a nie jest to łatwe mając na karku inspektora policji (Edward Norton), syna Madame D. , Dmitriego (Adrien Brody) i jego nazi sługę Joplinga (Willen Defoe).grand1Całość dzieje się w Republice Żubrówka, fikcyjnym środkowoeuropejskim państewku, a cała historia jest celną i jasną alegorią do czasów nazizmu, bloku wschodniego i wojny. Anderson świetnie wpasowuje to wszystko w historię Gustava H. i Zero, a przez nostalgię film jest z pewnością dla nas, Polaków szczególny w odbiorze. Oczywiście film nie skupia się na tym, ale w znacznym stopniu mu pomaga, co chwilę przenikając w tle głównej nici fabularnej. Cały film nie może być bardziej andersonowski, że tak posłużę się taką terminologią. Postacie są ekscentryczne, dialogi świetne, a akcja, której niemało szczególnie w drugiej części filmu, gna jak szalona. W dodatku totalnie absurdalna i zabawna, zresztą jak cały film, oderwany od rzeczywistości, w pozytywnym słowa znaczeniu.

Reżyser Moonrise Kingdom ma kapitalne wyczucie, a styl i sznyt, oraz lekkość w opowiadaniu historii sprawia, że 1,5 godziny mija nim zdążymy się dobrze rozsiąść w fotelu. Mamy komedię, akcję, motyw romantyczny, czy momentami nawet thriller, brawurowy miszmasz.  Spotkałem się z zarzutami, że GBH to zwykły przerost formy nad treścią, z czym w żadnym wypadku nie mogę się zgodzić. Oczywiście forma jest piękna, ale to nie sztuka dla sztuki. Ona pozwala na tak wspaniały odbiór tak niebanalnej, barwnej i zabawnej historii. To idealne połączenie, a cała groteska i baśniowość przedstawionego świata sprawdza się tu w stu procentach, ba, nie wyobrażam sobie tego w innej stylistyce. Jak wspomniałem we wstępie Anderson jest magikiem, a udowadnia to poprzez każdy kadr jak malowany, a ich symetryczna kompozycja wzbudza podziw. Autentyczny podziw.grand3

Komedia andersonowska, nazwijmy ją tak na poczet tego tekstu, nie mogłaby istnieć bez obsady, która jak to zwykle bywa u Andersona jest imponująca, by wymienić Ralpha Fiennesa w roli Gustava H., do którego czuć niebywałą sympatię, a sam aktor wrócił do świata żywych, po kilku przeciętnych rolach. Partnerujący mu przez większość czasu Tony Revolori w roli Zero, jest świetny, a dla samego aktora to pierwsza tak duża rola. Na podziw zasługuje fakt, że sobie poradził mając u boku tak znakomite grono aktorów. Adrien Brody, Edward Norton, Tilda Swinton, Willen Defoe, Jude Law, Bill Murray, Saoirse Ronan, Harvey Keitel i jeszcze wielu innych, nie mniej znanych. Mam wrażenie, że aktorzy proszą się, aby choć pojawić się w epizodzie. Niebywałe, ale nie ma co się dziwić, że każdy chce być częścią świata wykreowanego przez Andersona.

Grand Budapest Hotel jest pozycją obowiązkową dla każdego szanującego się kinomana. To obraz fantastyczny dla duszy, ale przede wszystkim dla oka. Sekunda za sekundą, kadr za kadrem, pełne wirtuozerii szaleństwo pędzące jak bohaterowie na sankach w jednej z najlepszych sekwencji akcji w filmie. Nie muszę zachęcać do obejrzenia wielbicieli reżysera, ale chciałbym ciepło polecić go tym, którzy jeszcze go nie znają, albo z góry przekreślali z różnych powodów. A nóż zafascynuje i sprawi, że będziecie chcieli poznać całą twórczość Wesa Andersona, mistrza komedii, który zapisuje się złotymi zgłoskami w historii kinematografii.

TYTUŁ: Grand Budapest Hotel
PRODUKCJA: USA 2014
REŻYSERIA: Wes Anderson
SCENARIUSZ: Wes Anderson
OBSADA: R.Fiennes, T. Revolori, F. Murray Abraham, A.Brody, W. Dafoe, E.Norton, S. Ronan, J. Law, J. Goldblum, T. Swinton, H. Keitel, B. Murray, J. Schwartzman, M. Amalric, T. Wilkinson
ZDJĘCIA: Robert D. Yeoman
MUZYKA: Alexandre Desplat