Jeremy Saulnier jest z pewnością reżyserem, którego karierę warto śledzić. Trzy lata temu zrealizował bardzo dobry Blue Ruin (recenzja TUTAJ) kino spod znaku zemsty. Jego najnowszy film to już trochę inna bajka – kino grozy, a dokładniej jego nurt, który już nie raz był wykorzystany – home invasion,  inspirowany Carpenterem i przede wszystkim jego Atakiem na posterunek z 1976 roku. Green Room to intensywny i brutalny obraz, który powoduje szybsze bicie serca i pozwala doświadczyć całkiem niezłej zabawy. Opowiada historię punkowej kapeli  The Ain’t Rights, która to ma na tyle poważny problem z pieniędzmi, że muszą kraść paliwo z innych pojazdów, żeby gdziekolwiek ruszyć. Sytuacja zmusza ich do koncertu dla grupy neonazistów. Koncert jak koncert odbywa się i grupa już szykuje się do opuszczenia gorącego terenu, jednak przez przypadek trafiają do tytułowego pokoju, w którym leżą zwłoki. W panice szybko podejmują decyzję o zabarykadowaniu się w nim i oczekiwaniu na przyjazd miejscowej policji. Szef neonazistów Darcy (znakomity Patrick Stewart) stara się załagodzić sytuację i zapewnia, że włos im z głowy nie spadnie. Do czasu. W końcu cierpliwość każdego się kiedyś kończy.

Saulnier przede wszystkim znakomicie buduje atmosferę i (jak to bywa w dobrych thrillerach) wraz z upływającymi minutami jest coraz ciekawej. Zresztą już sam przyjazd kapeli do speluny i pokazanie widowni mówi wiele – to się nie skończy dobrze. Temperatura wzrasta z każdą minutą. Sytuacja wydaje się bez wyjścia i gdy wydaje się, że będziemy oglądać odbijanie piłeczki przez jednych i drugich, Green Room skręca w stronę slashera, gdzie krew koloruje wnętrza zapyziałej i obskurnej mordowni, a przemoc jest pokazana w dość naturalistyczny sposób. Reżyser korzysta więc z wielu ciekawych środków, by utrzymywać widza na skraju fotela, ale też potrafi rozładować napięcie czarnym humorem, który jest bardzo dobry i idealnie wkomponowuje się w całość. Od samego początku całość rysuje w zimnych i mało optymistycznych barwach, co tylko wzmaga uczucie beznadziejności całej sytuacji dla jednych jak i dla drugich. Przeciwnicy wykorzystują swój spryt i przebiegłość, co tylko potwierdza ich nieobliczalność. Czuć tę stawkę, ciężką sytuację, a gdy w ruch idą maczugi, gaśnice i broń palna tempo zostaje wielokrotnie przyśpieszone.

Green Room

Nie oglądałoby się tego tak dobrze, gdyby nie obsada – tutaj dobrana rewelacyjnie. Anton Yelchin (nieodżałowana strata) jako jeden z liderów kapeli sprawdza się w roli jak mało kto. Jest też Imogen Pots w roli koleżanki denatki, która całkiem nieźle się sprawdziła w takim repertuarze, Macon Blair, z którym Saulnier współpracuje w każdym swoim filmie (rewelacyjny w Blue Ruin), oraz przede wszystkim Patrick Stewart. Jego Darcy – zimnokrwisty i niezwykle opanowany herszt grupy neonazistów wzbudza autentyczny strach. Członkowie kapeli wzbudzają sympatię, więc łatwo się utożsamić z sytuacją, w jakiej się znaleźli. Niebezpieczeństwo – nomen omen – na wyciągnięcie ręki i brak większych perspektyw na wyjście z sytuacji pozwala na związanie się z bohaterami i trzymanie za nich kciuków. Czułem się , jakbym był z nimi, w tym pokoju.

Jednak Green Room jest dla mnie filmem nieco gorszym niż Blue Ruin, ale to też inne kino, nastawione na nieco inne odczucia. To nie film dla ludzi o słabych nerwach, głównie ze względu na przemoc, która w niektórych momentach jest ciężka do oglądania, ale nie taki rzeczy w kinie już widzieliśmy. Są nawet elementy gore, jakby sama zwykła przemoc była niewystarczająca. Dla każdego coś miłego. Saunier udowodnił tym filmem, że czuje gatunek, a każdy jego film tworzony jest z sercem, więc nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejny film amerykańskiego reżysera. Green Room się po prostu ogląda. W niepewności, strachu i masą emocji, a satysfakcja po seansie gwarantowana.

OCENA: 8/10 

TYTUŁ: Green Room
PRODUKCJA: USA 2015
REŻYSERIA: Jeremy Saulnier
SCENARIUSZ: Jeremy Saulnier 
OBSADA: Anton Yelchin, Patrick Stewart, Imogen Poots, Macon Blair, Joe Cole, Alia Shawkat
MUZYKA: Brooke Blair, Will Blair
ZDJĘCIA: Sean Porter