King Kong to postać głęboko zakorzeniona w kinematografii. Ikona, która co jakiś czas wraca na ekran, by pokazać kto rządzi. Dwanaście lat po ostatnim takim spotkaniu (udanym) zdecydowano o kolejnej reaktywacji, tym razem w ramach uniwersum potworów, z którego przedstawiono już Godzillę w 2014 roku. Za reżyserię odpowiada Jordan Vogt-Roberts, którego można kojarzyć z niezależnej perełki Królowie lata i choć może dziwić wybór tak mało doświadczonego twórcy, to ogólnie wpisuje się w modę zaciągu młodych i ambitnych reżyserów do blockbusterów. Najważniejsze jednak jest to, że facet bardzo dobrze sobie poradził, a Kong: Wyspa Czaszki to rewelacyjny monster movie, który zapewnia dużo zabawy. Twórcy inspirowali się Jądrem Ciemności Josepha Conrada oraz wizualnie do Czasu apokalipsy F.F. Coppoli, co widać w stylistyce i znacząco wpływa na ukazanie takowego realizmu. Czuć klimat wojny, zapach napalmu, tylko zamiast Wietnamczyków po wyspie biega przerośnięta małpa, przerośnięty pająk i inne równie ciekawe stworzenia. Nie spodziewajcie się Konga, który biega po Manhattanie i wzdycha w kierunku kobiety, bo to inna historia, świeża, choć mająca swoje minusy, ale o tym później.

1976 rok, wojska amerykańskie wycofują się z Wietnamu, kurek z pieniędzmi senatu za moment ma zostać zakręcony, z czego zdaje sobie sprawę dwójka naukowców (John Goodman i Corey Hawkins) i proszą senatora o finansową i wojskową pomoc w eksploracji nieodkrytej jeszcze tytułowej Wyspy Czaszki. Błagania zostają wysłuchane, budują drużynę i ruszają w nieznane. Po przedarciu się przez chmury burzowe ukazuje im się piękna wyspa, ale mają mało czasu na wzdychanie z zachwytu, bo zostają przywitani przez Konga. I nie mówię o czerwonym dywanie, a o totalnej masakrze, którą im funduje. Porozrzucani po całej wyspie szybko zdają sobie sprawę, że wielka małpa nie jest ich jedynym problemem.

Przede wszystkim Kong: Wyspa Czaszki należy docenić za warstwę audiowizualna, dobre rockowe kawałki towarzyszą nam już od samego początku, a w wyspie można się zakochać od pierwszego wejrzenia. Potrafi zachwycić na tyle, aby z co drugiego kadru można by robić widokówki. Jest pięknie. Maszkary zamieszkujące wyspę również dobrze wyglądają, ale nie dorównują głównemu włochatemu bohaterowi. Jordan Vogt-Roberts nie miał zamiaru zwlekać z pokazaniem Konga w całości, już po paru minutach widzimy go w pełnej okazałości. Często pokazany jest monstrualnie, a wiele ujęć ma na tle słońca, księżyca czy ognia. Robi ogromne wrażenie, często pojawia się na ekranie, przez co poznajemy jego motywacje i szybko zdobywa naszą sympatię. Jego pojedynki są zrealizowane z ogromnym rozmachem, choć nie ma w nich niczego, czego w kinie jeszcze nie widzieliśmySame efekty specjalne stają na wysokim poziomie, ale z pewnością nie staną się czymś przełomowym. Po prostu solidnie, ale bez fajerwerków.

Od samego początku wyspa wydaje się tak samo niebezpiecznym, jak i pięknym miejscem, a twórcy co krok czymś zaskakują a akcja goni akcję. Co chwilę ktoś ginie, często w makabrycznych okolicznościach, a różne stworzenia raczej widzą w ludziach smakowity kąsek. Na ekranie sporo się dzieje, ale niestety pomiędzy walkami wychodzą na wierzch dziury fabularne i miałcy bohaterowie. Kong wydaje się ciekawszy niż większość ludzkich bohaterów, których scenarzyści potraktowali niezwykle sztampowo. Najemnik James Conrad (oczywiste nawiązanie do Josepha Conrada – autora Jądra Ciemności) grany przez Toma Hiddlestona, czy pani fotograf Mason Weaver (Brie Larson) to typowe, przeciętnie napisane postaci, bez wyrazu i mądrzejszej historii. Dobre wrażenie zrobił za to Samuel L. Jackson w roli opętanego zemstą i przerysowanego pułkownika i John C. Reilly w roli rozbitka, który przeżył na wyspie 25 lat. Hank Marlow (kolejne nawiązanie do Jądra Ciemności) nie jest tutaj śmieszkiem, co sugerowały zwiastuny, a odgrywa ważną rolę w filmie i dzięki niemu poznajemy mitologię wyspy. W filmie występuje też John Goodman, ale jego postać jest całkowicie nijaka. Film ma jednak jedną gwiazdę i jest nim bezsprzecznie Kong.

Kong: Wyspa Czaszki ma wszystko to, co powinien mieć blockbuster, choć niestety dziedziczy też wszystkie wady tych produkcji. Scenariusz mógłby być pod wieloma względami lepszy, jednak to kino wypełnione po brzegi przygodą i akcją, więc wiele można mu wybaczyć. Dobrą decyzją było umieszczenie akcji w latach 70. i wmieszaniu wojennej stylistyki. Nie można tu jednak mówić o ciężkich klimatach, bo całość jest lekka i przyjemna w odbiorze. Król wrócił w świetnej kondycji i dobrym stylu, a widzowie dostali już marcu kolejny (drugi po Loganie) udany blockkbuster.

OCENA: 8/10

TYTUŁ: Kong: Wyspa Czaszki / Kong: Skull Island
PRODUKCJA: USA 2017
REŻYSERIA: Jordan Vogt-Roberts
SCENARIUSZ: Dan Girlroy, Derek Connolly, Max Borenstein
OBSADA: Tom Hiddleston, Brie Larson, Samuel L. Jackson, John C. Reilly, John Goodman, Toby Kebbell
ZDJĘCIA: Larry Fong
MUZYKA: Henry Jackman