Członkowie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej przechwytują kapsułę badawczą wypełnioną próbkami z Marsa, zdając sobie sprawę, że stoją u progu odkrycia czegoś wielkiego. Faktycznie tak jest! Mikroskopijny organizm znaleziony w czerwonej ziemi to dowód, że nie jesteśmy sami w kosmosie, więc cały świat świętuje i wiwatuje. Calvin, bo tak go nazwano, szybko rośnie i staje się coraz mądrzejszy i agresywniejszy, o czym szybko przekonują się astronauci, kiedy ucieka im z laboratorium. Brzmi znajomo? W tym miejscu wolę zakończyć opis, by nie spoilerować. Life, bo o nim mowa to horror science fiction, dla którego inspiracją był Obcy i to już można było powiedzieć po obejrzeniu zwiastunów, ale reżyser Daniel Espinosa kombinuje i dostarcza kawał solidnego filmu. Istotą horroru jest wywołanie u widza strachu i przerażenia, a w Life tego nie brakuje i niejednokrotnie reżyser zaskakuje widza, a napięcie potrafi sięgnąć zenitu.

Całość została bardzo dobrze zrealizowana, a otwierająca sekwencja może kojarzyć się z Grawitacją. Autor zdjęć Seamus McGarvey wykonał kawał pracy, klaustrofobiczne wnętrza w połączeniu z muzyką Jona Ekstranda tworzą dobry i gęsty klimat. Espinosa stara się w miarę realistycznie podejść do całej historii, co szczególnie widać na początku. Wraz z rozwijającą się fabułą tempo filmu wzrasta i otrzymujemy klasyczną zabawę w kotka i myszkę, gdzie sporo się dzieje i nie ma czasu na filozoficzne rozważania. Szóstka astronautów działa szybko, czasem wydawać by się mogło, że lekkomyślnie, jednak trzeba przyznać, że znaleźli się w dość nietypowej sytuacji. Świetnym rozwiązaniem było pokazanie załogi jako całości, nikt tu nie wybiega przed szereg, żaden z bohaterów nie próbuje kozaczyć, a to o tyle interesujące, że w obsadzie znalazło się kilka ciekawych nazwisk: Ryan Reynolds, Jake Gyllenhaal, Rebecca Ferguson czy Hiroyuki Sanada. Aktorzy nie mieli zbyt dużego pola do popisu, po prostu wykonali swoją pracę, ponieważ scenarzyści Deadpoola (Rhett Reese, Paul Wernick) nie wysilili się i otrzymujemy bezbarwnych, sztampowych bohaterów.

Trzeba natomiast pochwalić projekt samego obcego, który wygląda, porusza się i eliminuje członków załogi w ciekawy sposób. W wielu momentach skojarzenia z Obcym Scotta nasuwają się same, lecz nie ma mowy o bezczelnej kalce, a Espinosa wychodzi obronną ręką. Calvin jest przede wszystkim mądry, a w niektórych momentach miałem wrażenie, że mądrzejszy od całej załogi. Do tego bardzo silny i to pozwala mu osiągnąć przewagę właściwie już na początku. Ma ciekawą budowę, bo całe jego ciało jest zarazem jego mózgiem i oczami, co wiąże się ze sporym potencjałem. Ładnie się porusza, a reżyser nie boi się pokazywać go w pełnej krasie.

Life nie zmieni gatunku, nie oferuje niczego nowego, ale to rzetelnie wykonana praca, która pokazuje, że można opowiedzieć znaną już historię w interesujący sposób. Fabularna konwencja była już przerabiana nie raz, ale można powiedzieć, że Life wywiązuje się ze swojego zadania, a co najważniejsze trzyma w napięciu, zaś sama końcówka – absolutnie zaskakująca, jest wisienką na torcie. Espinosa chciał wpuścić nieco świeżości do gatunku, czego mu się nie udało zrobić i pomimo tego, że parę rzeczy kuleje, nie można docenić starań Szweda. Zmierzył się z klasyką i choć pojedynku nie wygrał, to Life powinno stanowić pozycję obowiązkową dla wszystkich fanów kosmicznych straszaków.

OCENA: 7/10

TYTUŁ: Life
PRODUKCJA: USA 2017
REŻYSERIA: Daniel Espinosa
SCENARIUSZ: Rhett Reese, Paul Wernick
OBSADA: Jake Gyllenhaa, Rebecca Ferguson, Ryan Reynolds, Hiroyuki Sanada
ZDJĘCIA: Seamus McGarvey
MUZYKA: Jon Ekstrand