Lion. Droga do domu opowiada wzruszającą historię opartą na faktach, która skruszy serca największych twardzieli. Historia Saroo, który jako dziecko się zgubił, by później po 25 latach podjąć próbę znalezienia igły w stogu siana, czyli swojej rodziny jest nieprawdopodobna. Film wydaje się skrojony pod Oscary, ale nie należy traktować tego jako zarzut, co oczywiste, a Lion. Droga do domu to kino z pięknymi zdjęciami, które zostało dobrze zagrane i interesująco opowiedziane, ale całość nie jest bez wad. Produkcja wydaje się mocno nierówna. Największe wrażenie zrobiła na mnie pierwsza część filmu, która zdominowała całą produkcję, a w porównaniu z nią, druga część wypada blado i nudnie. Jak Lion. Droga do domu sprawdza się w całości? Postaram się na to pytanie odpowiedzieć w poniższych akapitach.

Saroo (fantastyczny Sunny Pawar) i jego brat Guddu (Abhishek Bjarate) mieszkają z mamą, która, aby utrzymać rodzinę, pracuje w kamieniołomie. Aby jej ulżyć, postanawiają co nieco zarobić i wsiadają do pociągu, aby dostać się do miasta. Niestety, ta podróż nie kończy się dobrze dla Saroo. Brat długo nie wraca, a młody zasypia. Gdy się budzi, nie potrafi otworzyć drzwi z wagonu i jadąc przez kilka dni trafia do wielomilionowej Kalkuty, oddalonej o ponad tysiąc kilometrów od domu. Nie znając języka (mówi w innym dialekcie), nazwy swojej rodzimej miejscowości musi walczyć o życie, zmagając się z trudami, z którymi niejeden starszy człowiek by nie podołał. Udaje mu się, trafia do australijskiej rodziny zastępczej. To w tej części Lion. Droga do domu ma największy ładunek emocjonalny, dzięki dobrze prowadzonej opowieści przez Davisa, a świetne zdjęcia Greiga Frasera (Łotr 1) potrafią zachwycić. Czym jednak byłoby to wszystko bez Sunny’ego Pawara, który zagrał jedną z najlepszych dziecięcych ról od dość dawna (chyba tylko Jacob Tremblay z Pokoju może się z nim równać). Wygląda jakby już na niejednej produkcji zjadł zęby, tymczasem to jego debiut. Jego naturalność jest nieoceniona, a rola młodego Saroo zasługuje na duże uznanie.

Niestety druga część filmu, która opowiada o starszym Saroo (Dev Patel), choć ma nieco większy potencjał, został przez reżysera zmarnowany. Pokazuje, jak mężczyzna żyje, jak poznał dziewczynę i jakie ma stosunki z rodzicami (szczególnie godna uwagi Nicole Kidman), oraz moment, w którym coś w nim pęka. Moment, w którym postanawia odnaleźć swoje korzenie, ale nie ma kompletnie żadnego pomysłu jak to zrobić. Z pomocą przychodzi wujek Google, a szczególnie aplikacja Earth. W Saroo pojawiają się wątpliwości, czy aby nie jest niewdzięczny, jak zareagują przybrani rodzice itd. Patel w niektórych scenach wzbija się na wydawałoby się niemożliwy dla siebie poziom aktorstwa, ale ogląda się go z przyjemnością. Jednak każdą wspólną scenę z mamą kradnie mu Kidman, która (myślałem, że tego już nigdy nie napiszę) potrafi wzbić się na wyżyny. Jest emocjonalnie, ckliwie i łzy cisną się do oczu, ale zabrakło dynamizmu, tempo siada na dobre i w rezultacie przez to dostajemy nierówny film.

Lion. Droga do domu w ogólnym rozrachunku jest niezłym filmem, choć dostając taki samograj można by wycisnąć z niego dużo więcej. Być może przyczyną jest reżyser i brak doświadczenia czy pomysłu na realizację, a być może po prostu zbyt mały talent, przyszłość pokaże. Co najważniejsze, produkcji daleko do arcydzieła, chociaż osiąga mistrzostwo w jednym: ckliwości. Porusza do granic, a niejedni będą płakać jak bóbr. To ciepła, pełna wiary opowieść o jednostce i dla tych którzy lubią oglądać filmy z chusteczką to pozycja obowiązkowa.

OCENA: 6/10

TYTUŁ: Lion. Droga do domu / Lion
PRODUKCJA: USA,Australia, Wielka Brytania 2016
REŻYSERIA: Garth Davis
SCENARIUSZ: Luke Davies
OBSADA: Dev Patel, Nicole Kidman, Rooney Mara, Sunny Pawar, David Wenham
ZDJĘCIA: Greig Fraser
MUZYKA: Dustin O’Halloran, Volker Bertelmann