Trylogię Mad Maxa pamiętam z kaset VHS, rozbudzał moją wyobraźnię swoją oryginalnością i bezprecedensowym światem postapo. Gdy gruchnęła wiadomość, że Max powróci w 2015 roku nie mogło być inaczej – film z marszu trafił na czoło listy najbardziej oczekiwanych przeze mnie hitów letniego okresu. Tym razem nie Gibson, a Tom Hardy wraz z Charlize Theron, ale pod tą samą batutą, twórcy oryginalnej trylogii – 69- letniego George’a Millera. Swoim filmem pokazał soczystego fuck’a w stronę młodszych kolegów po fachu. Mad Max jest inteligentnym, fascynującym i wręcz genialnym dziełem, które powinno wyznaczać standardy dzisiejszej rozrywki. Zniewalające zwiastuny pokazały moc, którą przez wiele lat skrzętnie reżyser ukrywał. To jego świat, jego bohaterowie i jego obłędna wręcz intensywność w sekwencjach akcji, a że cały film to niekończąca się jazda pod prąd spełnił moje marzenie o obrazie tak kompletnym, że aż łezka się w oku kręci.

Fabuła jest prosta, co nie znaczy że nudna i bezsensowna, ale stanowi najprostszy środek do pokazania meritum, czyli fajerwerków, akcji pod najczystszą i szaloną postacią. Cytadela jest miejscem, być może ostatnim w której jest woda oraz żyzna gleba. Rządzi nim Wieczny Joe (Hugh Keays-Byrne), który stworzył sobie kult, a jego wyznawcy to grupa dzikusów. W ich ręce wpada Max (Tom Hardy), lecz w wyniku pewnych okoliczności bierze udział w pościgu za wojenną maszyną, pojazdem którym kieruje Furiosa (Charlize Theron), a w którym znajduje się niezwykle cenny ładunek dla Joe’a. Max wykorzystuje okazje i ucieka, lecz przez przypadek trafia do pędzącej maszyny Furiosy i chcąc nie chcąc staje się jej jedynym sprzymierzeńcem.

Zniszczony i wyjałowiony świat przedstawiony jest pełen groteskowych i nieźle wykolejonych postaci, którzy świetnie się z nim komponują tworząc niezwykle barwny wachlarz. Nawet Max jest specyficzny- nieufny, małomówny a i z głową ma coś nie tak, halucynacje i demony przeszłości się za nim ciągną i nie dają mu spokoju. W pierwszej połowie filmu wydaje się postacią, dzięki której możemy wejść do tego świata, tylko wejść, bo pierwsze skrzypce gra Furiosa, natomiast później staje się już naszym protagonistą z krwi i kości. Między tą parą zauważalna jest chemia, świetnie się uzupełniają i czym bliżej końca, tym wyraźnie ich znajomość się zacieśnia, choć o jakichś ckliwych scenach, czy seksie nie ma tutaj mowy. Po prostu nie ma na to czasu, nawet naprawiają maszynę w trakcie… jazdy.

Przejdę do najważniejszego – akcji. W mojej trupiej główce nawet się nie mieściło, że Millera stać na takie kino, pełne wizualnej maestrii i pomysłowości. Wszystko to wygląda zachwycająco, a duża w tym zasługa kaskaderów, bo oczywiście komputerowe efekty są, ale sam pościg i ekwilibrystyczne wyczyny bohaterów to już praca mięśni nie procesora. Stara szkoła, która w dzisiejszych czasach jest dość niespotykana. Reżyser zresztą pokazuje ogrom rzeczy, które wbijają w fotel, powodują, że prawa noga dociska wirtualny pedał gazu do końca. Mad Max to prawie dwugodzinny wyścig, z tempem tak szybkim, że człowiek zapomina o bożym świecie i nie przesadzam, to doświadczenie, które rzadko można przeżyć w kinie. Pomaga w tym muzyka, kapitalnie dobrana, a kompletnym odjazdem jest facet przyczepiony do jednego z pojazdów i grający solówę. Są momenty, w których można odetchnąć, ale nie jest ich dużo, ale wtedy spokojnie można docenić szczegóły, detale, których jest wszędzie pełno. Od pojazdów, przez ubrania po pasy cnoty! Nie przesadzę z stwierdzeniem, że każdy kolejne obejrzenie filmu wniesie coś nowego, coś czego się nie zauważyło wcześniej.

max-max4

Wysokooktanowa produkcja w której się zakochałem od pierwszego kadru i pierwszego zdania z monologu Maxa. Fascynujący i epicki, taki jest Mad Max, ale to już wiecie, ale przy tym szczery, nie robiący z widzów idiotów, a wręcz przeciwnie podchodzący do niego z szacunkiem. George Miller u nieba bram! Udowodnił, że można w dzisiejszych czasach stworzyć coś autentycznego i nie potrzeba na to nieograniczonego budżetu i CGI. Piorunujące kino akcji, dynamiczne i ekscytujące na tyle, że wchłania człowieka od początku do końca. Z pewnością znacie to uczucie, kiedy po napisach końcowych jakiegoś filmu wiecie już, że jeszcze do niego wrócicie sto razy. Ja tak właśnie miałem.

Być może emocje jeszcze nie wyparowały, być może jestem zarażony obrzydliwie dużym ładunkiem adrenaliny, podniecenia, który mi towarzyszył podczas seansu, ale cóż, musiałem w jakimś stopniu podzielić się tym uczuciem. Ostatnio podobne mi towarzyszyło chyba przy zeszłorocznych Strażnikach galaktyki. I na zakończenie dodam tylko, że zdjęcia są eleganckie, a John Seale będzie za nie nominowany do Oscara! Mad Max rządzi.

OCENA: 10/10 

TYTUŁ: Mad Max: Na drodze gniewu / Mad Max: Fury Road
PRODUKCJA: Australia / USA 2015
REŻYSERIA: George Miller
SCENARIUSZ: George Miller, Nick Lathouris,  Brendan McCarthy
OBSADA: Tom Hardy, Charlize Theron, Nicholas Hoult, Hugh Keays-Byrne
ZDJĘCIA: John Seale
MUZYKA: Junkie XL