Manchester by the Sea to jeden z tych filmów, które chwytają za gardło na początku i nie puszczają nawet po seansie. Dramat w reżyserii Kennetha Lonergana jest intensywnym przeżyciem i choć tempo akcji jest spokojne to nieco ponad dwugodzinny seans mija w okamgnieniu. Subtelny, piękny w swej prostocie obraz jest emocjonalną bombą, przede wszystkim szczerą i niebanalną. Reżyser zgrabnie wymyka się z ram, które gatunek (melo)dramatu nas przyzwyczaił. Opowiada historię Lee Chandlera (najlepsza rola w karierze Caseya Afflecka), który po powrocie do swojego rodzinnego miasta musi uporać się z przeszłością. Śmierć brata (Kyle Chandler) oraz powierzenie mu pod opiekę bratanka (bardzo dobry Lucas Hedges) jeszcze bardziej utrudnia mu wyjście z życiowego zakrętu. W międzyczasie, pomiędzy akcją rzeczywistą dawkowane są retrospekcje, które wyjaśniają przeszłość Lee i pokazują moment, który zmienił go i jego życie. Wbrew pozorom Manchester by the Sea zawiera solidną dawkę humoru, który jest czarny jak smoła, ale potrafi rozbawić w najmniej oczekiwanym momencie, spuścić trochę powietrza i rozładować napiętą atmosferę. Rzadko się zdarza, aby takie połączenie nie raziło, tymczasem tutaj sprawdza się wyśmienicie.

Lee Chandler mieszka w Bostonie i jest dozorcą, który większość czasu pracy poświęca wymianie żarówek, przetykania kibli i nietrudno się domyślić, że nie robi tego z uśmiechem na ustach. W dodatku jest niemiły dla lokatorów, często traktuje ich jak powietrze i wydaje się, że egzystuje, bo musi, albo nie znalazł w sobie na tyle odwagi, by popełnić samobójstwo. Swój wolny czas spędza w barze pijąc na umór i bijąc się z przypadkowymi klientami. Jego powrót do Manchesteru (tego amerykańskiego) tylko rozgrzebuje rany, a reżyser powoli odkrywa karty. Ciekawość pobudzają mieszkańcy, którzy patrzą na niego ze zdumieniem, a temat jego powrotu wydaje się dość szeroko komentowany. Lee staje przed nie lada wyzwaniem – opieką nad nastolatkiem, który w dziwny sposób przeżywa śmierć ojca, wręcz wydaje się, że tego w ogóle nie robi. Przechodzi do porządku dziennego, spotyka się z dziewczynami, imprezuje i nawiązuje specyficzny kontakt z wujkiem. Ich relacja jest bardzo dobrze przedstawiona, trochę kumpelska, a ich dialogi świetnie napisane, często one stanowią akcent humorystyczny.

Aktorsko Manchester by the Sea utrzymuje niezwykle wysoki poziom. Casey Affleck dwoi się i troi, choć bazuje na minimalizmie. Jego bohater jest chodzącym wulkanem, trzymającym wszystko w sobie. Czasami ma się wrażenie jakby nagle miał wybuchnąć. Jego gra jest zachwycająca, choć trzeba się przyzwyczaić choćby ze względu na sposób mówienia – od niechcenia, jakby wymawiał słowa przez zaciśnięte zęby. Jego filmowy bratanek Patrick grany przez Lucasa Hedgesa jest jego przeciwieństwem, a aktor, który szlifował swój talent u Wesa Andersona znakomicie odnalazł się w roli. Nie można też zapomnieć o Michelle Williams, która gra byłą żonę Lee i choć pojawia się na ekranie na kilka minut, za każdym razem wyzwala ogromne pokłady emocji. Ich wspólna scena przypadkowego spotkania jest jedną z najlepszych w filmie, a próba dialogu, jaką próbują zawiązać szarpie widzem zostawiając w nim pustkę. Małżeństwo, które przeżyło straszną rzecz, a za którą Lee czuje się odpowiedzialny, winny. Tak też siebie traktuje, jakby szukając pokuty, ale doskonale wiedząc, że takowej nie znajdzie.

Lonergan potrafi wycisnąć emocje z każdej nawet z pozoru zwykłej sceny, przez co film jest maksymalnie absorbujący. Reżyser podobnie jak Alexander Payne (Nebraska, Spadkobiercy) w swoich filmach potrafi pokazać relacje rodzinne w ciekawy sposób, obnażając ich przywary, a przy tym nie tracąc dobrego, inteligentnego humoru. Manchester by the Sea jest pod tym względem znakomicie zbudowany, a skomplikowane relacje i szara rzeczywistość jest dla reżysera cenniejsza niż zwroty akcji. Realistyczne spojrzenie na dramat bohatera uwypukla wiarygodność jako całości, co najlepiej oddają dialogi, które nie brzmią na wyuczone, a nieco improwizowane. Przy czym trudno znaleźć w filmie momenty, które stają się nudne czy niepotrzebne. Lonergan osiągnął w swoim filmie mistrzostwo, nie wpadł w sidła kiczowatości, czy zbytniej ckliwości, co negatywnie wpłynęłoby na jakość całego filmu. Ma znakomite wyczucie, które przekłada się na empatię dla każdego z bohaterów.

Manchester by the Sea jest znakomitym obrazem, który nie ugina się pod swoim ciężarem. Nie jest to kino lekkie, ale doskonale wyważone, przez co ogląda się go z niesłabnącym zainteresowaniem. To mały film, który przez to jak został zrealizowany staje się wielkim, z pewnością jednym z najlepszych w 2016 roku. To też wielka zasługa Afflecka, który stworzył postać niejednoznaczną, doskonale potrafił pokazać wewnętrzny ból, smutek i złość swojego bohatera. Rola życia, która nie powinna przejść niezauważona przez Akademię Filmową. Manchester by the Sea to filmowe doświadczenie jakiego dawno nie zaznałem. 

OCENA: 9/10

TYTUŁ: Manchester by the Sea
PRODUKCJA: USA 2016
REŻYSERIA: Kenneth Lonergan
SCENARIUSZ: Kenneth Lonergan
OBSADA: Casey Affleck, Lucas Hedges, Michelle Williams, Kyle Chandler
MUZYKA: Lesley Barber
ZDJĘCIA: Jody Lee Lipes