Obcy to chyba najniebezpieczniejszy i zarazem najbardziej fascynujący potwór w całej kinematografii, co znakomicie przedstawiono w pierwszych trzech filmach, które status kultowych osiągnęły dawno temu. Późniejsze produkcje o tytułowym bohaterze nawet nie zbliżyły się do poziomu tych filmów, a już kompletnie pokpiono sprawę z serią Obcy kontra Predator. Do swojego potwora wrócił po prawie czterdziestu latach Ridley Scott, który zrealizował Prometeusza i choć cały koncept wydawał się ciekawy — wykraczający poza standardowy horror zadając filozoficzne pytania odnośnie egzystencji, pochodzenia człowieka i samego stwora. Niestety, film eufemistycznie mówiąc, nie był najlepszy, a brak Ksenomorfa, czy pisany na kolanie scenariusz zmusił Scotta do zmiany planów i pójście w sequelu w stronę oczekiwań widzów, czyli soczystej jatki, do jakiej nas przyzwyczajono. Tak oto powstał Obcy: Przymierze, który kończy genezę potwora, lecz nie wiem, czy to w ogóle była potrzebne. To zdecydowanie film lepszy od Prometeusza i jego dobry sequel, ale patrząc na całą serię, Przymierze to tylko niezły film z paroma dobrymi momentami, ale z pewnością Scotta było stać na więcej, a sam Ksenomorf zasługiwał po prostu nie o tyle na coś lepszego, ale bardziej przemyślanego.

Z recenzenckiego obowiązku należy się szczypta fabuły. Akcja dzieje się 10 lat po wydarzeniach znanych nam z Prometeusza. Statek kolonialny Przymierze z dwoma tysiącami kolonistów i piętnastoma członkami załogi zmierza na planetę, na której ludzkość ma odbudować cywilizację. Wszyscy umilają sobie wieloletnią podróż hibernacją. No prawie wszyscy, bo w tym czasie nad lotem czuwa android Walter (Michael Fassbender), który decyduje się obudzić załogę, gdyż statek ulega awarii. W czasie napraw trafiają na transmisję z nieodkrytej dotąd planety i oczywiście opuszczając swoją misję, postanawiają ją zwiedzić. Nietrudno się domyślić, szybko zdają sobie sprawę, że są lepsze pomysły na spędzenie czasu w przestrzeni kosmicznej.

Oczywiście filmy z obcym nigdy nie miały skomplikowanej fabuły, ale miał świetnie napisanych bohaterów i genialny gęsty klimat wylewający się z ekranu. Uściślając, miałem wrażenie, że film ma ręce i nogi. W Obcy: Przymierze bohaterowie są i to jest jedyny komplement, bo choć jest ich całkiem sporo (co akurat cieszy, bo pożywki dla obcego nigdy za wiele), ale nie są charakterologicznie rozwinięci. Padają jak muchy i nawet nikogo nie żałujemy, za nikogo nie trzymamy kciuków, główna bohaterka Daniels (Katherine Waterston) choć stylizowana na Ripley nawet nie może obok nie stanąć, głównie przez brak charyzmy. Nikt nie wzbudza większej sympatii i wątpię, żeby ktokolwiek został zapamiętany. Całą obsadę ratuje Michael Fassbender w podwójnej roli androidów — Davida i Waltera i gdy pojawia się na ekranie skupia na sobie całą uwagę. Szczególnie gdy grają na flecie (naprawdę!) i prowadzą filozoficzne rozmowy, a ich spotkania mają często erotyczne zabarwienie. Sprawa z Davidem nie jest prosta i jak się pojawia na ekranie wieje trochę Prometeuszem, ale wątek androidów i ich uczłowieczenia jest naprawdę interesujący. Fassbender wyciąga z postaci ile jest  w stanie, a jego David to zimny i wyrachowany bohater.  Ogólnie ludzcy bohaterowie zachowują się podobnie do tych z Prometeusza, czyli głupio, lekceważąco i naiwnie. Szkoda, że nie wykorzystano zatrudnionych aktorów, a wśród listy płac można znaleźć nazwiska takie jak Crudup, McBride, czy Bichir.

Choć Scott zaczyna odcinać kupony, to nie stracił wizualnego wyczucia. Obcy: Przymierze ma świetne zdjęcia, za które odpowiada Dariusz Wolski, a planeta na której lądują, jest po prostu piękna, lecz nie tylko na niej można docenić ten aspekt produkcji. Scott sprawnie realizuje sceny akcji, choć za bardzo jest na czym się bać, a napięcie ma daleko do zenitu. To wina przewidywalność (kolejny grzeszek tej produkcji) a i sam obcy nie robi takiego wrażenia, jakie powinien robić, ale za to perfekcyjnie wygląda. Mniej skradania, ataków znienacka, a tyrada na wroga na pełnej. Wielką dla mnie radością było dużo krwawych i brutalnych scen, łącznie ze ślicznym wyjściem małego obcego z klatki piersiowej człowieka. Szanuję. W typowo slasherowej konwencji to się sprawdza i można czerpać z tego przyjemność (?), ale daleko od tego, do czego nas przyzwyczaił w 1979.

Obcy: Przymierze wydaje się filmem, który powstał, bo musiał, a pomysł twórców ograniczał się do skopiowania motywów starych jak świat. Sama geneza potwora też może nie wszystkim trafić do gustu i chyba najlepiej byłoby dla całej postaci obcego, żeby przeszłość bazowała na domysłach i różnorakich teoriach. Z tym filmem jest podobnie jak z zakończeniem, które strasznie zawodzi, przez to, że jest nieprzemyślane i uproszczone, choć efektowne. Choć uwielbiam pierwsze filmy z Alienem i jestem ich wiernym fanem, to aż serce boli, co się wyprawia z tą postacią, choć też rozumiem, że trzeba było pchnąć to dalej, w nieco nieznane dotąd rejony. Scott miał pomysł, warsztatowo też oczywiście dał radę, ale scenarzyści się nie wysilili. Ostatnio na ekranach gościł Life i można było zewsząd usłyszeć, że klisze, schematy i ograne motywy, ale po Przymierzu chyba trzeba nieco bardziej docenić film Espinosy. Kończąc, Obcy: Przymierze to typowy blockbuster i tę funkcję spełnia, ale chyba miał być czymś więcej i na tym polu niestety poległ. Z szacunku i nostalgii jaką Scott we mnie swoim filmem wywołał, jestem w stanie podnieść ocenę o jeden stopień.  

OCENA: 6/10

TYTUŁ: Obcy: Przymierze / Alien: Covenant
PRODUKCJA: USA, Australia 2017
REŻYSERIA: Ridley Scott
SCENARIUSZ: John Logan, Dante Harper
OBSADA: Michael Fassbender, Katherine Waterston, Billy Crudup, Danny McBride, Demián Bichir
ZDJĘCIA: Dariusz Wolski
MUZYKA: Jed Kurzel