Nie miałem okazji dotknąć, a tym bardziej przeczytać, zaznajomić się z komiksem Strażników Galaktyki. Tytuł nie należy do najpopularniejszych za Oceanem, a co dopiero u nas. Gdy pojawił się zwiastun ekranizacji początkowo byłem dość sceptycznie nastawiony, lecz pozytywne recenzje przekonały mnie do obejrzenia. I co z tego wyszło? Ano, rewelacyjna, świeża przede wszystkim space opera, która duchem jest bliższa Gwiezdnym wojnom (przy zachowaniu odpowiednich proporcji), niż pozostałym filmom z stajni Marvela. James Gunn, reżyser i współscenarzysta zrobił jeden z najlepszych filmów o superbohaterach w najnowszej historii filmowej, dający początek nowej sadze, a przy okazji odkrył nową gwiazdę filmów akcji. Chris Pratt i jego Star-Lord to skrzyżowanie Hana Solo z Indianą.

W czym tkwi siła Strażników Galaktyki? Mianowicie w lekkości i świeżości, oraz w humorze, który pozwala na dobry, a zarazem najwłaściwszy odbiór tego filmu. James Gunn okazał się właściwą osobą na właściwym miejscu, a z pewnością producentom w podjęciu decyzji o jego angażu pomógł film Gunna Super z 2010 roku, w którym to kapitalnie wręcz wyśmiał kino superbohaterskie, przeżywające wtedy totalny rozkwit. Strażnicy Galaktyki są pierwszym filmem z serii, więc mamy do czynienia z genezą bohaterów i całego uniwersum, co nigdy nie jest prostym zadaniem. Można powiedzieć, że tutaj to zrobiono wzorowo i pomijając aspekt scen akcji, wielkiego spektakularnego finału to największym plusem jest piątka naszych (anty)bohaterów. To na ich barkach spoczywa ciężar filmu, a mamy do czynienia z nie byle jakimi typkami.

Peter Quill AKA Star-Lord to typowy awanturnik, uroczy łobuz, porwany z Ziemi, jako dzieciak, zaraz po śmierci swojej mamy przez międzygalaktycznych najemników. Zostaje przez nich wyszkolony, ale ucieka i postanawia działać na własną rękę, będąc łowcą skarbów. Typowy zawadiaka z ciętym językiem – problemy go szukają, a on też od nich specjalnie nie stroni. Od razu na myśl przychodzi Han Solo, czy Indiana Jones, bohater idealnie skrojony na kino przygodowe. Wielka w tym zasługa Chrisa Pratta, a żeby się nie rozwodzić, bo mógłbym o tym napisać osobny artykuł dużo zrobił dla tej roli i na początku ciężko było mi go sobie wyobrazić w takim emploi. Przez wiele lat oglądałem go w serialu komediowym Park and recreation, gdzie grał lekko opóźnionego, ale przez to najzabawniejszego kolesia, a swoją aparycją bardziej przypominał przygrubego tatuśka niż bohatera. Niesamowita metamorfoza, co zresztą doceniło Hollywood, a aktor dostał główną rolę w nowej odsłonie Jurassic Park. Kto by się spodziewał, że Strażnicy Galaktyki mogą być dla niego kamieniem milowym w jego karierze.

Reszta ekipy to nie mniej barwne postacie, Gamora, zielonoskóra wojowniczka, którą gra Zoe Saldana to też solidnie skrojona postać i choć trochę martwi mnie Zoe i jej chęć grania kolorowych bohaterów (w Avatarze była niebieska) to tu wypada wiarygodnie. Czuć chemię pomiędzy nią, a Quillem, ale nie mniejszą niż pomiędzy Grootem – humanoidalnym drzewem i Rocketem, zmodyfikowanym genetycznie szopem (tak, poważnie!) Są kompanami, którzy wydają się nierozłączni i wręcz rozumieją się bez słów. Groot mówi jedynie dwa słowa „jestem Groot”, a wcielił się w niego Vin Diesel i jest to jego… bardzo dobra rola. W roli szopa daje popis Bradley Cooper, dla którego z pewnością była to odskocznia od kilku wymagających ról. Ci bohaterowie są arcyciekawi i nieważnie jak absurdalnie wyglądają to wyśmienicie pasują do uniwersum i są dla niego bardzo ważni. Kapitalne kreacje. Piątym członkiem załogi jest Drax, którego gra Dave Bautista, zawodnik MMA. Jego postać zainteresowała mnie w najmniejszym stopniu, choć ma parę dobrych momentów, ale te najlepsze to te oparte na żarcie, bowiem nie rozumie, co to sarkazm czy ironia, co skrzętne wykorzystują pozostali.

Cała piątka pomimo przeciwności losu i  odmiennych priorytetów musi działać razem, aby przeciwstawić się Ronanowi (Lee Pace), który to chciałby posiąść Glob, kuleczkę zdolną do rozwalenia wszechświata. To właściwie lekki zarys fabuły, która nie jest odkrywcza, lecz to w niej nie jest najważniejsze. Bohaterowie mają się ładnie przedstawić widzom, aby dać dużo większe show w kolejnych częściach.guardians-of-the-galaxy3

Jak już wspomniałem film jest doskonale wyważony pomiędzy akcją, przygodą i humorem. Bohaterowie przez cały czas się przekomarzają, rzucają ciętymi ripostami i brawurowymi żartami niezależnie od tego, co się dzieje na ekranie. Są w opałach czy tez nie (przeważnie są), żarciki muszą być i co najważniejsze – nie są wciskane na siłę, a są jak najbardziej naturalne. Oczywiście reżyser Robali nie przesadza i trzyma opowieść w ryzach, nie dając się ponieść w jakąkolwiek stronę, czy to komedii, akcji, czy absurdu.  Już pierwsze minuty filmu pokazują, z czym będziemy mieli do czynienia. Quill wchodząc do opuszczonego molochu zaczyna… tańczyć w rytm muzyki z lat 70 wybrzmiewającej się z walkmana, jedynej pamiątki po mamie. Sekwencja tańca kończy się, gdy musi chwycić za broń i wtedy dostajemy rasowego akcyjniaka z strzelaniną, wybuchami i ucieczką. A muzyka, właśnie z tej kasety rozbrzmiewa przez cały film dając niesamowitą frajdę, bo kto nie lubi popu z lat 70tych?

Powoli kończąc, chciałbym podkreślić jak wspaniały świat udało się stworzyć. Tętniący życiem, urozmaicony i szalenie pomysłowy. To świat, w którym wycieczka z przewodnikiem takim jak James Gunn jest ekscytująca i zapewnia prawie dwugodzinną zabawę na całego. Przede wszystkim świeżość i jego ogromna dawka pozwala ten tytuł traktować wyjątkowo, z uśmiechem na ustach od pierwszej do ostatniej minuty.

PS. Przyjemną niespodziankę zrobili panowie z Marvela i chcąc nie chcąc, sprawiedliwie trzeba im oddać jedno. W tej chwili są tytanami i absolutnie nikt nawet nie zbliża się do ich projektu. Każdy film to wydarzenie i wątpię, aby się to w najbliższej przyszłości zmieniło.

TYTUŁ: Strażnicy Galaktyki / Guardians of the Galaxy
PRODUKCJA: USA 2014
REŻYSERIA: James Gunn, Nicole Perlman
SCENARIUSZ: James Gunn, Nicole Perlman
OBSADA: Chris Pratt, Zoe Saldana, Vin Diesel, Bradley Cooper, Dave Bautista, Lee Pace, Michael Rooker
ZDJĘCIA: Ben Davies
MUZYKA: Tyler Bates