Wojna o planetę małp kończy znakomitą trylogię, która (nie boję się tego napisać) ze względu na jakość każdej z części powinna na stałe wpisać się do historii kina science-fiction. To też ewenement, bo trudno szukać podobnych przypadków. Pierwsza część – Geneza planety małp Ruperta Wyatta była dobra, ale nie zwiastowała aż tak dobrego rozwinięcia historii. Przejęcie stołka reżyserskiego przez Matta Reevesa okazało się w tej kwestii strzałem w dziesiątkę, a jego wizja i brak nacisków ze strony studia zaowocowały powstaniem dwóch filmów, które potrafią wciągnąć bez reszty i w intrygujący sposób pokazać zmiany, jakie zaszły na Ziemi, by ta wyglądała jak w oryginalnym filmie z 1968 roku Planeta Małp. Jednym z większych atutów trylogii są efekty specjalne, a w szczególności technika motion capture, która wręcz oszałamia. Wygenerowane komputerowo małpy wyglądają jak żywe, a w Wojnie o planetę małp ociera się to o doskonałość, co pomaga w powadze i odbiorze filmów. Trzecia część kończy historię Caesara (Andy Serkis), przywódcę małp, który tym razem musi zmierzyć się z Pułkownikiem (Woody Harrelson), a nawiązania do Czasu apokalipsy czy Jądra ciemności, które pojawiają się przez cały film, nie są przypadkowe.

Nie chcę psuć zabawy i zdradzać szczegółów filmu, ale to blockbuster nieco inny od tego, do czego przyzwyczaiły nas widzów tego typu produkcje. To nie produkcja wypełniona akcją, choć ta się w filmie pojawia. To produkcja stawiająca przede wszystkim na bohaterów i ich rozwój charakterologiczny. Są sceny spokojne, wydaje się nawet, że przeciągnięte, w których prowadzone są rozmowy, monologi i gesty i wrzaski małp. Reeves nie spieszy się z niczym i choć film trwa ponad dwie godziny, tempo jest szybkie i na ekranie wiele się dzieje. Doskonale napisy scenariusz i ciekawi bohaterowie w obliczu ciągłej walki o przetrwanie powodują, że Wojna o planetę małp staje się emocjonalnym rollercoasterem. Film wielokrotnie potrafi zaskoczyć widza i skierować historię, w stronę jakiej byśmy nie podejrzewali. Relacja na linii Caesar – Pułkownik nakręca całą spiralę wydarzeń, a wszystko zaczyna się, kiedy to postać grana przez Harrelsona zabija bliskich Caesara, który to poprzysięga zemstę. Stosunek obu postaci do siebie dynamicznie zmienia się i ewoluuje, choć oczywiście na pierwszym planie znajduje się szympans, który od pierwszej części pod wpływem przeżytych doświadczeń przechodzi przemianę. W jego oczach widać złość, nienawiść i cierpnie, a wielokrotnie pada porównanie do Kobo, w którym miał przeciwnika w Ewolucji. Sam zdaje sobie z tego sprawę, ale chęć zemsty jest zbyt wielka.

Wojna o planetę małp, która ma swój odpowiedni ciężki, mroczny klimat nie byłaby tak świetna w odbiorze, gdyby nie postaci małp. To było kluczowe, by oddać ich człowieczeństwo najbardziej realnie. Nie sposób nie pochylić się nad Andy Serkisem, który wykonał tutaj tytaniczną pracę i tak naprawdę myślę, że Akademia powinna się zastanowić nad nagrodzeniem tego aktora, którego można nazwać specjalistą od ról z motion capture. Jego Caesar jest bohaterem z krwi i kości, a gdy pojawia się na ekranie bije od niego charyzma. Aktor dzięki mimice potrafił oddać każdą najmniejszą nawet emocję, a pomagają w tym liczne zbliżenia, a wszystko wygląda naturalnie do tego stopnia, że szczękę można zbierać z podłogi. I nie przesadzam. Zresztą każdy z małpich bohaterów wygląda inaczej i łatwo ich rozróżnić. Wyrazistych ludzkich bohaterów nie jest zbyt dużo, bo oprócz wspomnianego Pułkownika jest dziewczynka Nova (Amiah Miller), która towarzyszy Caesarowi i jego kompanom i odgrywa ważną rolę w całej historii. Harrelson doskonale zagrał postać szalonego, wręcz niezrównoważonego faceta i choć aktor gra w swoim stylu bałem się przeszarżowania i są momenty, w których jest temu bliski, jednak w odpowiednim momencie potrafi się powstrzymać.

Cały wykreowany świat pełen jest nawiązań do Czasu apokalipsy – napisy na murach, obóz żołnierzy czy rola Harrelsona jasno nawiązująca do Pułkownika Kurtza kreowanego przez Brando pokazują pomysł Reevesa na fabułę. Zimne barwy, często towarzyszący półmrok odpowiednio nastawiają, a zdjęcia, za które odpowiada Michael Seresin to więcej niż solidna robota. Podobnie trzeba ocenić muzykę, która w niektórych momentach przeszywa i podkręca napięcie. Klasa. Sceny akcji są dynamiczne i powodują szybsze bicie serca, a w trzecim akcie to, co się dzieje na ekranie przechodzi najśmielsze oczekiwania. Wojna o planetę małp jest niezwykle dobrze przemyślana i starannie zrealizowana. To nie typowy blockbuster. Jest znacznie bardziej wymagający i angażujący widza, a reżyser znalazł nawet miejsce na komentarz odnośnie obecnej sytuacji na świecie. Ten film ma chyba wszystko, co potrzebne, aby osiągnąć sukces i choć można w nim znaleźć nieścisłości czy pójście na łatwiznę (szczególnie w jednej scenie), to nawet nie ma sensu się nad tym rozwodzić, bo wrażenia z całości są fantastyczne. Znalazło się nawet miejsce na humor, głównie za sprawą nowego bohatera Bad Monkey (Steve Zahn), który potrafi rozładować napięcie nawet w środku sekwencji akcji i co ważne, nie jest wciśnięty na siłę, żeby było śmiesznie, a odgrywa znaczącą rolę w całej historii.

Matt Reeves potwierdził, że jak tylko się mu zaufa, jest w stanie wycisnąć ostatnie soki z materiału, który mu się powierzy. Włodarze Warner Bros powierzając mu reżyserię i swobodę artystyczną nad The Batman mogą już zacierać rączki. Wojna o planetę małp to najlepsza część trylogii, znakomite zamknięcie i choć film można oglądać bez znajomości poprzednich części to taki wariant odradzam, bo po prostu wiele się straci. To rozrywka na najwyższym poziomie, a jakość, z jaką zrealizowano ten film gwarantuje niezapomnianą wizytę na planecie małp.

8,5/10

TYTUŁ: Wojna o planetę małp / War for the Planet of the Apes
PRODUKCJA: USA 2017
REŻYSERIA: Matt Reeves
SCENARIUSZ: Matt Reeves, Mark Bomback
OBSADA: Andy Serkis, Woody Harrelson, Karin Konoval, Steve Zack, Amiah Miller
ZDJĘCIA: Michael Seresin
MUZYKA: Michael Giacchino