Po fali krytyki za każdy z filmów należących do DC Extended Universe można odetchnąć z ulgą, wreszcie się Warnerowi udało i choć nie jest doskonale, to z pewnością jest to najlepsza do tej pory produkcja z tego wciąż szukającego swojej tożsamości i formy uniwersum. Wonder Woman, ikoniczna postać DC wreszcie dostała swój film, origin story, które przede wszystkim spełnia swoją funkcję i pokazuje jak Amazonka Diana zostaje WW i jeśliby brać pod uwagę tylko ten aspekt, wyszło naprawdę dobrze, ale jak nietrudno się domyślić, nie tylko ten będzie brany pod uwagę w niniejszym tekście. Reżyserka Patty Jenkins, która swój ostatni film zrealizowała w 2003 (bardzo dobry Monster z oscarową rolą Charlize Theron) zabrała się konkretnie do pracy po długiej przerwie i w przeciwieństwie do poprzednich filmów DC, Wonder Woman jest klarowny (bez montażowego chaosu), przemyślany i ogląda się go z przyjemnością, choć reżyserka popuściła lejce w finale. Czy warto się więc wybrać do kina? Zdecydowanie tak.

Księżniczka Diana wraz z innymi Amazonkami żyje sobie spokojnie na rajskiej wyspie, niewidocznej dla świata zewnętrznego dzięki osłonie stworzonej przez Zeusa, a którego podstawowym zadaniem jest chronić kobiety przed Aresem, bogiem wojny. Dianę poznajemy, kiedy jeszcze jest dzieckiem, w dodatku jedynym, które za nic robi sobie prośby mamy Hippolity (Connie Nielsen) i zamiast książek czy zabawy woli miecz i ostre treningi pod okiem najlepszej wojowniczki Antiopy (Robin Wright). Dorastając w takich okolicznościach, staje się coraz bardziej świadoma i niepokorna. Punktem zwrotnym jest uratowanie przez Dianę (już Gal Gadot) amerykańskiego szpiega (Chris Pine), który w wyniku awarii samolotu przebija się przez osłonę. Pojmany przez Amazonki tłumaczy, że w świecie zewnętrznym trwa wojna, jakiej świat nie widział. Opowieści mężczyzny wstrząsają Dianą, która postanawia zakończyć wojnę pokonując Aresa, który według niej musi być za to odpowiedzialny. Nie myśląc zbyt długo, postanawia jak najszybciej wyruszyć na front, razem ze Steve’em, który za zadanie ma powstrzymać szaloną doktor Maru (Elena Anaya), odpowiedzialnej za konstrukcję bomby chemicznej z polecenia niemieckiego dowódcy Ludendorffa (Danny Huston).

W Wonder Woman jest wiele momentów humorystycznych i choć nie wszystkie żarty trafiają w punkt, wprowadzają w wielu scenach odpowiednią lekkość. Zdecydowanie film przeładowany jest humorem w momentach, kiedy Diana styka się z cywilizacją. A to pośmiejemy się jak przymierza zwyczajne ciuchy, a to ktoś rzuci suchym tekstem, ale chyba najlepiej wychodzą rozmowy pomiędzy nią a Steve’em, który tłumaczy jej obyczaje ludzi. To by się nie sprawdziło, gdyby nie chemia pomiędzy nimi. Po prostu niebywale iskrzy, co jest poniekąd zaskoczeniem (patrz Chris Pine). Ogólnie zaś akcja dzieje się w czasie I wojny światowej, a same jej skutki są pokazane dość realnie i choć nie mamy brutalnych i krwawych scen (PG13) to okrucieństwo wojny jest widoczne. Nie kłóci się to z częstym lekkim tonem, a to już dowód na to, że Jenkins świetnie to równoważy. Akcja nie gna na złamanie karku, jest raczej spokojnie i trzeba być cierpliwym, nawet po to, aby zobaczyć Wonder Woman w pełnej krasie, ale jak już się pokazuje to klękajcie narody. Jest moc!

Gal Gadot jest znakomita w swojej roli i pasuje do niej idealnie. To, że izraelska aktorka nie pobije Maryl Streep w nominacjach do Oscarów wiemy, jednak talent posiada, a z roli najważniejszej heroiny wywiązuje się na prawdę bardzo dobrze. Główna bohaterka w filmie została świetnie scharakteryzowana i od samego początku czuć do niej sympatię i nie sposób nie trzymać za nią kciuków. W dodatku wygląda fantastycznie. Jak wspomniałem doskonale uzupełnia się z Pine’em, a ich duet to jeden z najlepszych rzeczy w tej produkcji. Steve Trevor, którego gra, to postać, której nie sposób nie polubić. Dziarski, bohaterski, zabawny, a kiedy trzeba czarujący, wzór jak się patrzy. Nieco gorzej wypada duet tych złych. Groteskowi i słabo napisani, a szkoda, bo został zmarnowany potencjał interesującej postaci, jaką jest doktor Muru, która wygląda jak Eva Green.

Wonder Woman ma jednak parę rzeczy, które powinny być lepsze. Przede wszystkim CGI, które jest po prostu mocno przeciętne, miejscami złe i wygląda to mniej więcej tak, jakby było wyjęte z seriali. Druga sprawa to slow-motion, które szczególnie na wyspie jest wykorzystywane zbyt często, bez uzasadnienia. Jenkins w tych momentach to Snyder w spódnicy, a efekt ten zaczyna mocno irytować. Wonder Women nie ma też w sobie nic zaskakującego, nie próbuje czegoś nowego, świeżego, to solidna, rzemieślnicza praca, choć nie należy traktować tego jako zarzut. Ot, można było nieco zaryzykować, choć nad twórcami unosiło się widmo artystycznych porażek poprzednich filmów i trudno oczekiwać większej kreatywności. Można też mieć sporo uwag odnośnie do finałowego starcia, które trochę nie pasuje do reszty i ogranicza się do wzajemnej naparzanki, dość widowiskowej, ale nie trzymającej w napięciu. Zdecydowanie twórcy powinni postawić na nieco kameralny charakter. Jednak można to wybaczyć, przychodzi to nawet łatwo, bo Wonder Woman to film, który ma w sobie coś naprawdę fajnego i pozostaje tylko żałować, że dopiero w 2017 możemy tę superbohaterkę oglądać w kinach. Z pewnością postać zasługiwała na to, aby wcześniej pojawić się na srebrnym ekranie.

Dla fanów ekranizacji komiksów to pozycja obowiązkowa, dla innych widzów historia Wonder Woman też powinna być interesująca. Pomimo paru wad, to przyjemny do oglądania film, a to wielka zasługa Jenkins, której kobiecą rękę widać w prawie każdym ujęciu. Tego potrzebowało kino i przede wszystkim uniwersum DC i być może jesteśmy świadkami przełomu w ich ekranizacjach. To nie jest najlepsze kino komiksowe, ale dobre, stawiające na satysfakcjonującą rozrywkę i dające dużo radość. Czy potrzeba czegoś więcej?

OCENA: 7/10

TYTUŁ: Wonder Woman
PRODUKCJA: USA 2017
REŻYSERIA: Patty Jenkins
SCENARIUSZ: Allan Heinberg
OBSADA: Gal Gadot, Chris Pine, Danny Huston, Elena Anaya, Ewen Bremner, David Thewlis, Saïd Taghmaoui
ZDJĘCIA: Matthew Jensen
MUZYKA: Rupert Gregson-Williams