Temat porwań jest w kinie wykorzystywany dość często. Został przedstawiony na różne sposoby, często powielając schematy, a co za tym idzie nie potrafiąc zaskoczyć tak, jak zamierzono. Pokój czy Labirynt to jedne z największych perełek ostatnich lat dotykających tej tematyki, jednak ostatnio miałem przyjemność zobaczyć film, który mną wstrząsnął, nie mniej niż wyżej wymienione. Zniknięcie holenderskiego reżysera Georga Sluizera jest znakomitym, trzymającym w napięciu i przerażającym obrazem, traktującym porwanie z nieco innej strony, ale o tym później. Film nakręcono w 1988 roku i z pewnością jest to najlepszy film reżysera w całej jego karierze i to dzięki niemu zapisał się złotymi zgłoskami w annałach kina. Adaptacja powieści Tima Krabbé „Złote jajko”.

Parę Rex (Gene Bervoets) i Saskia (Johanna ter Steege) poznajemy w drodze na wakacje. Są w sobie zakochani, zapatrzeni i wydaje się, jakby nie widzieli świata oprócz siebie. Piękna pogoda, zdumiewający krajobraz za oknem, żyć nie umierać. Aby uzupełnić zapasy oraz zatankować auto zatrzymują się na stacji benzynowej. Rex odprowadza wzrokiem Saskie do sklepu, a jak się okazuje – to wtedy widzi ją po raz ostatni. Znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Rex wpada w depresję, nie potrafi poukładać sobie życia – jest w gruzach. Po trzech latach niedającej mu spokoju męczarni i braku postępu nad sprawą ze strony policji, postanawia spróbować jeszcze raz wyjaśnić sprawę zaginięcia swojej ukochanej.

Spoorloos

Niby typowo, ktoś może powiedzieć, że nawet nudno, ale Sluizer w Zniknięciu najbardziej interesuje się tą częścią, która pokazuje porywacza. Raymond (Bernard-Pierre Donnadieu) jest zwyczajnym nauczycielem chemii. Jest też kochającym mężem i troskliwym ojcem, a jedynym zarzutem, jaki można mieć do niego to pewne marzenie – chce porwać kobietę. Sluizer znakomicie pokazuje przygotowania Raymonda do niecnego czynu. Nie tylko skupia się na aspektach technicznych, ale też psychologicznych, czy emocjonalnych. Obserwacja z punktu widzenia porywacza i całe spektrum takiej osoby jest interesujące i niepokojące. Pokazanie go jako  „normalnego” niebudzącego podejrzeń człowieka jest przerażające i pokazuje, że dosłownie każdy – sąsiad, kolega z pracy, czy sprzedawca w pobliskim warzywniaku może być równie wykolejony. Dużą pracę wykonał Donnadieu, a postać, którą gra jest naturalna i budząca autentyczny strach. Bardzo dobrze ogląda się korespondencyjny pojedynek pomiędzy nim a Rexem. Obaj są zdeterminowani, ale całkowicie różni od siebie. Rex zmęczony, nerwowy, ale i impulsywny, szukający ukojenia i odpowiedzi, dzięki którym będzie mógł zrzucić z siebie winę za zniknięcie. Patrząc na Zniknięcie nie trudno postawić sobie pytania, co ja bym zrobił, czy jak się zachował. Lęk i strach są wszechobecne, z czego Hitchcock byłby dumny.

I choć Sluizer dość szybko odkrywa karty i pokazuje porywacza, to w żaden sposób nie spada tempo opowiadanej historii. Ba, nawet przeciwnie – zostaje podkręcone, a film obiera całkiem inny (niż byśmy się spodziewali) kierunek. Wrażenia płynące z oglądania szybko się zmieniają, właściwie co scenę, a pomaga chronologia, która została celowo zaburzona. Oczywiście są momenty, w których trochę zwalnia i wkrada się lekka nuda, ale wszystko wynagradza wstrząsająca końcówka. Cała historia jest bardzo dobrze napisana i zrealizowana. Narracja, zdjęcia i klimat. Wszystko na swoim miejscu i choć widać, że to film z lat osiemdziesiątych warto rzucić wszystko w kąt i obejrzeć. Mocno siada w pamięci. Zniknięcie jest niezwykle interesujące i pozostaje żałować, że Sluizer nie zrealizował już filmu na tak samo dobrym poziomie. A próbował – nawet zrealizował amerykański remake swojego filmu w 1993 roku – niestety nie był w połowie tak dobry jak oryginał.

OCENA: 8/10 

TYTUŁ: Zniknięcie / Spoorloos
PRODUKCJA: Francja, Holandia 1988
REŻYSERIA: George Sluizer
SCENARIUSZ: George Sluizer, Tim Krabbé
OBSADA: Gene Bervoets, Johanna ter Steege, Bernard-Pierre Donnadieu
MUZYKA: Henry Vrienten
ZDJĘCIA: Toni Kuhn

PODZIEL SIĘ